Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapada w pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapada w pamięć. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 listopada 2014

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź tom: 1,2,3

„ Co to znaczy, że należymy do siebie?
To znaczy, że jesteśmy połączeni funkcją odwrotnych emocji. Ktoś dotyka ciebie… a to ja czuję ból.”
„Bo w teatrze życia nie ty wyznaczasz partie i nie ty piszesz role. Nie ty przewidujesz myśli i kierujesz biegiem dat, zwalniając lub przyśpieszając czas w odpowiednich momentach. Jesteś marionetką w rękach przeznaczenia, które nie jest okrutne, choć czasem nazywają je bezdusznym. Patrzący przez pryzmat słów nie rozumieją, że ono jest po prostu… niezmienne”
„Pytasz mnie jak stworzyć miłość tak piękną i niedoścignioną, by echa jej słów odbijały się po stokroć, ożywając w umysłach raz po raz od nowa. Pytasz, jak dobierać zdania, by dźwięki melodii nigdy nie ustały, a gwarny szum braw był tak samo wyraźny jak krople kapiących łez, które słyszałeś tylko w swojej głowie. Pytasz mnie, nie dostrzegając, że setki zdań i tysiące słów kiedyś obrócą się w nicość, pozostawiając po sobie jedynie blady ślad istnienia. To nie finezja słów i kolejność zdań będzie tym, co zapamiętałeś. To jedynie zarys obrazu sprzed Twoich oczu stworzy wspomnienie, którego nigdy nie stracisz.”
„Więc znów rozkładam przed Tobą talię kart, a Ty losuj. Wybieraj między miłością, wiarą i nadzieją. Zobacz prawdę tylko po to, by wspomnienia nabrały jaśniejszego znaczenia i byś mógł przyznać, że były przepiękne - choć to, co stało się potem, sprawia, że odwracasz od nich wzrok. Zobacz prawdę, byś jak zwykle pominął fakt, że ma ona różne oblicza, a to jedno jedyne, które dostrzegasz, jest tylko jej obrazem odbijającym się w Twoich oczach.”

Siedzę przed laptopem, próbując napisać ten post i dochodzę do wniosku, że czegokolwiek bym nie napisała, nie jestem w stanie nawet w połowie oddać treści tych książek. Jednego jestem pewna - to zdecydowania jedna z najlepszych historii, jakie kiedykolwiek czytałam. To było moje pierwsze zetknięcie z tą autorką, jestem szczęśliwa, że na nią trafiłam. Po kolejne sięgnę w ciemno.

Czytałam wiele książek, ale ta jest wyjątkowa pod każdym względem… i co dziwne, nie da się tego przewidzieć czytając sam opis. „Ostatnia spowiedź” jest reklamowana jako hit internetu i doskonale wiem, dlaczego tak się stało. Trzy tomy, jedna, absolutnie genialna historia i morze emocji, tak wielkich, że jeszcze długo będą mi towarzyszyć. Każdy kolejny tom jest lepszy od poprzedniego, natomiast ostatni to absolutna bomba. 

„Bo jesteśmy jedyni. Wyjątkowi i niepowtarzalni. Niezmienni i niewzruszeni, trwamy w tym, co nazywają wiarą, a co pozostaje jedynie strzępkiem ludzkich nadziei, że kochasz mnie tylko trochę mniej… bo nikt nie mógłby kochać, tak, jak ja Ciebie”.

Wszystko tu jest świetne od atmosfery, intensywności emocji i relacji, po wielowymiarowość bohaterów. W dużej mierze to zasługa stylu autorki, który jest niebanalny i trafia w czytelnika w odpowiednie miejsca. Autorka wzbudza emocje, daje do myślenia, wplatając w fabułę treści, które z powodzeniem mogą stać się złotymi myślami. Jednak jeszcze głębszego sensu nabierają, czytając całość tej historii.

W tej książce jednych bohaterów się kocha, innych nienawidzi. A jednak żaden nie jest doskonały, żaden nie jest wyidealizowany, każdy ma wady, popełnia błędy i jest na wskroś realistyczny. 

„ - Czujesz to? - powiedział, patrząc z największą czułością, a ona przez łzy tylko skinęła głową. Jej oczy zrobiły się jakby jaśniejsze, a na twarzy pojawił się nikły uśmiech. Poczuła… przed chwilą poczuła chyba najpiękniejszą rzecz w swoim życiu. - Nasz jeden dzień będzie trwał zawsze, dopóki ono bije dla ciebie… - 
- Ale zawsze to jest bardzo długo, Brade.
- Ale ja przy Tobie nie boję się wieczności.„

Relacja Ally i Bradina jest niesamowicie intensywna i burzliwa. Piękna sama w sobie, trudna i obarczona poważnymi przeciwnościami losu. I to właśnie ta intensywność uczuć sprawia, że popełniają błąd za błędem, których konsekwencje trudno pokonać i przewidzieć. Ich uczucie z początku dość niewinne, z nutką naiwności, przeradza się w ogień. Ranią siebie wzajemnie tak mocno, jak bardzo się kochają. I chyba właśnie to sprawia, że ich uczucie jest tak bardzo realistyczne. Intensywne, ale nie wyidealizowane, głębokie, ale nie tandetne.

„Możesz starać się wymazać winy, których jesteś świadomy.
A ja nienawidzę Cię najbardziej za to, że wiesz o nich tak straszliwie mało. Przestałam Cię kochać z ostatnią kroplą parującej wody, tamtego smutku i moich łez. Wtedy coś umarło. Umarło najbardziej pierwotne tchnienie mojej miłości do Ciebie.”

Podziwiałam też Toma, a z każdą kartką mój podziw dla niego rósł coraz bardziej… a dlaczego? Tego nie zdradzę, szkoda psuć frajdę przyszłym czytelniczkom. 

W treść zostały też wplecione twarde reguły show biznesu, perfidia ludzka, potęga zazdrości i marketingu. Czy są wyolbrzymione? Wydaje mi się, że nie, ale to potrafią ocenić tylko nieliczni, ci którzy mają o tym jakieś pojęcie. 

„Nienawidzę. Nienawidzę, kiedy to robisz. Kiedy zupełnie nieświadomie wykonujesz jakiś gest, lub mówisz coś, co sprawia, że tracę nad sobą kontrolę. Nienawidzę, kiedy śledzę ruchy Twoich warg… spoglądam ukradkiem, wstydząc się, że patrzę. Bo nie powinienem. Nienawidzę tego, że wiem, jak smakują Twoje usta… Przecież nigdy nie zapomniałem…"

Akcja toczy się naprawdę wartko, pełna jest zwrotów i niespodziewanych wydarzeń. Nie sposób oderwać się, nie przeczytawszy do ostatniej strony. Mamy tu prawdziwy rollercoaster emocjonalny, tak więc czytelnik śmieje się i płacze z bohaterami, zwłaszcza w ostatnim tomie, który przyprawia czytelnika o szybsze bicie serca. Trudno mi się otrząsnąć z tego wszystkiego. 

Osobiście cieszę się, że miałam możliwość przeczytania wszystkich części od razu, bo gdybym miała czekać na kolejne tomy, to byłoby nie do zniesienia. Książek nie można nie przeczytać, zdecydowanie warto. Od dziś zajmują honorowe miejsce w mojej prywatnej biblioteczce. Na długo pozostaną mi w pamięci, bo taka intensywność emocji, po prostu nie może nie wpłynąć na czytelnika. Jestem pewna, że jeszcze wielokrotnie powrócę do tej historii. Gorąco polecam.

niedziela, 5 października 2014

Michelle Hodkin - Mara Dyer. Tajemnica

Dawno nie trafiłam na książkę, która by mnie tak zauroczyła. Nawet nie wiem do jakiego gatunku ją zakwalifikować: paranormal romance, New Adult, może triller w subtelnym wydaniu? Nie mam pojęcia, ale przecież nie o kwalifikację chodzi. Jest tu wszystko co kocham: tajemnica, wyjątkowa atmosfera, mroczny klimat, napięcie, wątek miłosny etc. Książka wciąga od pierwszej strony i ten stan utrzymuje się do samego końca. 

Mara jest postacią nietuzinkową, widzi zmarłych, ma zaniki pamięci, a jej historia momentami mrozi krew w żyłach. Z kolei Noah nie jest tylko zwykłym, szkolnym przystojniakiem, właściwie wyłamuje się z utartych dotąd schematów. Naprawdę trudno go nie pokochać, mnie oczarował od pierwszej chwili. 

Jest tu wiele wątków, masa zwrotów akcji i ogrom niewiadomych. Mam nadzieję, że większość z nich zostanie rozstrzygnięta w dalszych częściach i nie utknie w martwym punkcie. Dawno tak dobrze się nie bawiłam, z niecierpliwością oczekuję kolejnej części i mam nadzieję, że pojawi się szybko, bo czekanie będzie torturą. 

Nie napisałam wiele, ale w przypadku tej książki po prostu brakuje słów, ją zwyczajnie trzeba przeczytać i poczuć klimat tej historii. Ja ogromnie polecam, bo naprawdę warto. 

środa, 1 października 2014

Abbi Glines - Przypadkowe Szczęście

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką (choć nie jest to pierwsza książka z serii) i muszę przyznać, że jestem oczarowana. Z pewnością sięgnę po jej inne pozycje. Jest tu wszystko czego szukam w tego typu pozycjach, z dramatami w roli głównej. Lekkie pióro autorki sprawia, że nie jest zbyt ciężko i nużąco. Wręcz przeciwnie, książkę przeczytałam jednym tchem i nie mogę się doczekać kolejnej części. 

Bohaterowie są bardzo wyraziści, spójni i dobrze nakreśleni. Della… ogrom jej traumy nawet u mnie wywołuje ciarki. Nie chcę nawet myśleć przez co musiała przejść i jak trudno musi być borykać się z konsekwencjami przeszłości. Mimo wszystko nie poddała się, nawet jeśli czasem wątpi w siebie. Zachowała chęć doznawania świata z jego przyjemnościami i trudami codzienności. Jej pewna doza niewinności w odkryciach była ujmująca. Autorka bardzo dobrze opisała jej reakcje wywołane traumą. Prawdopodobnie w realnym świecie byłyby dużo bardziej zintensyfikowane, jednak wtedy książka byłaby dużo, dużo cięższa w odbiorze. Z kolei Woods jest mężczyzną dość zagubionym, niby wie czego chce i dąży do celu, kosztem kontroli nad własną osobą, a jednak wystarczy odpowiednia osoba, żeby się ocknął i poszedł za głosem serca. Jest naprawdę czarujący w całej swej troskliwości i opiekuńczości. 

Tę historię z pewnością zapamiętam, możliwe, że wrócę do niej jeszcze nie jeden raz. I myślę, że powinna się spodobać wielu czytelniczkom. Polecam, ach i jeszcze dodam, że okładka jest naprawdę śliczna.

sobota, 21 czerwca 2014

K.A. Tucker - Dziesięć płytkich oddechów

„Dziesięć płytkich oddechów... Przyjmij je. Poczuj je. Pokochaj je.”

Oj, ta książka z pewnością zajmie miejsce w kategorii moich ulubionych i tych, które zapadają w pamięć. Rewelacyjna opowieść, do której z pewnością jeszcze powrócę. Na okładce czytamy, że to „prawdziwy rollercoaster emocji”… nie jestem pewna czy to określenie w pełni oddaje to, co tam się dzieje. 

Emocje wiodą tu prym, do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęłam się wzbraniać przed czytaniem dalej, przewidując konsekwencje pewnych faktów. Takie reakcje są dla mnie jednym z mierników dobrej książki. Fakt, że czytelnik jest w stanie w jakimś stopniu przewidzieć dalszy przebieg wydarzeń nie jest tu wadą, raczej popycha do jeszcze szybszego przewracania stron. 

O czym jest ta historia? O dziewczynie, która zmaga się z zespołem stresu pourazowego. Kacey jest złamana, ogromna jej część umarła w wypadku, który miał miejsce 4 lata wcześniej. Ale nie jest to jęcząca, depresyjna bohaterka, wręcz przeciwnie. Kacey jest prawdziwą wojowniczką, kobietą, która zakopuje swoje emocje i działa. Jest silna, nawet jeśli niemal co noc dręczą ją koszmary. Jej mechanizmy obronne są tak twarde, że trudno się przez nie przebić komukolwiek. Jednak wbrew jej samej są osoby, które potrafią wydrążyć mur i dotrzeć do niej. Jedną z takich osób jest Trent. Prawdziwy przystojniak, idealny mężczyzna, którego przeszłość kładzie się cieniem na jego życie, podobnie jak w przypadku Kacey. 

Nie jest to historia usłana różami, wiele w niej brutalnej rzeczywistości, zmagania się z własnym cierpieniem i realiami życia. Jednak mimo wielu przykrych emocji, czyta się lekko i naprawdę przyjemnie.

Mocną stroną tej książki są bohaterowie i to właściwie wszyscy, nawet ci poboczni. Każdy ma swoją historię, często wcale nie usłaną różami. Nie chcę ich tu wymieniać, bo musiałabym wymienić dosłownie wszystkich. 

Książkę gorąco polecam, naprawdę warto wejść w świat bohaterów i przeżywać razem z nimi.  

Nie byłabym sobą gdybym nie dodała, że opisane tu metody leczenia stresu pourazowego są mocno niekonwencjonalne, więc traktujcie je z przymrużeniem oka :) 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Nalini Singh - Legion Archanioła


Wreszcie udało mi się przeczytać tę część i jestem przeszczęśliwa. Nie tylko dlatego, że kocham Nalini miłością bezgraniczną, ale też dlatego, iż Legion Archanioła znowu opowiada o Elenie i Rafaelu, którzy skradli moje serce już w pierwszej części. 

Jakże cudownie było ponownie zderzyć się z szorstkością Rafaela i całą jego archanielskością, oglądać kwitnącą więź miedzy nim i jego małżonką. Siła ich miłości i wsparcie, które sobie dają w trudnych chwilach, nieodmiennie wprawia mnie w zachwyt. Dobrze było oglądać Elenę wypełniającą coraz to więcej obowiązków małżonki i sympatię którą wzbudzała nawet wśród tych, którzy niekoniecznie chcieli ją nią obdarzyć. Ewolucja Rafaela jest naprawdę intrygująca, podobnie jak jego legion, ale nie mam zamiaru niczego zdradzać z treści. 

Za każdym razem sięgając po Łowców Gildii zakochuję się w tej historii od nowa, tak było i tym razem, choć chyba z większą siłą :) Gorąco polecam, bo ja jeszcze wiele wrócę do tej historii.  

poniedziałek, 17 marca 2014

Linda Gillard – Muzyka Gwiazd



Ależ to była przyjemna lektura, choć wcale nie była lekka. Mam wrażenie, że mogłaby nie przypaść do gustu młodszym czytelniczkom, ze względu na dużą ilość opisów. Ta historia z pewnością zapada w pamięć.

Historia została napisana z punktu aż trzech narracji: Marianny – głównej bohaterki, jej siostry –Louisy i z narracji trzecio-osobowej. To daje nam naprawdę świetny ogląd sytuacji. Ale… dla mnie najciekawszy był punkt widzenia Marianny, jak wiadomo z opisu, osoby niewidomej od urodzenia.

Marianna uważała siebie za osobę dość zgorzkniałą i trudną we współżyciu. Czy rzeczywiście tak było? Możliwe, ale to nie niezdolność widzenia była tego główną przyczyną. Mimo wszystkiego, co ją w życiu spotkało, była niesamowicie silną osobą, w dodatku potrafiła cieszyć się drobnymi rzeczami. Poznawanie świata jej niewidzącymi oczami było naprawdę fascynujące. Czy ktoś z nas zastanawiał się kiedyś np. nad pojęciem kształtu? Jaka jest wyobraźnia, kiedy nigdy niczego nie zobaczyła, mogła tylko poczuć lub usłyszeć? Jak wyobrazić sobie budynek, albo góry, skoro nie można ich dotknąć w całości. Jak wyobrazić sobie drzewo, kiedy możemy objąć tylko jego część? Jak to jest kiedy nasz świat ogranicza się do tego, co czujemy, słyszymy i dotykamy? Wydawać by się mogło, że to świat bardzo ograniczony… tylko dlaczego miałam wrażenie, że Marianna patrzy dużo głębiej, niż przeciętny człowiek i zauważa znacznie więcej? To niesamowite, spojrzeć na naturę jej oczami. Jak brzmi zorza polarna? Jak brzmi migotanie gwiazd?...

Marianna poznaje Keira, fascynującego, mężczyznę, który patrzy na świat nieco inaczej niż przeciętny człowiek. Keir dostrzega w Mariannie to, czego większość pewnie by nie dostrzegła. Nie traktuje jej jak ofiarę kalectwa. Podejmuje się trudnego zadania i przybliża jej doświadczanie świata. To było wzruszające i ujmujące jednocześnie.

Dodatkowym plusem tej historii jest  Louisa i jej dużo młodszy kochanek, zabawnie było na nich patrzeć, w pozytywnym sensie tego słowa.
Mnie ta historia oczarowała i myślę, że nie jedną czytelniczkę również oczaruje.    

sobota, 8 lutego 2014

J.A. Redmerski - Na krawędzi nigdy; Na krawędzi zawsze



„He drew iron tears down Pluto’s cheek,
and made Hell grant what Love did seek.”

Moja wiara w znalezienie wyjątkowej książki została przywrócona. Po Aleksandrze Monir i jej „Poza czasem” i „Timekeeper” w bardzo krótkim czasie trafiłam na J.A. Redmerski i jej „Na krawędzi nigdy”. Jestem oczarowana, zafascynowana, wzruszona i nie wiem co jeszcze... a J.A. Redmerski trafia na moją prywatną listę ulubionych autorów. Rzadko mi się zdarza czytać książki po angielsku, gdyż wyjątkowo tego nie lubię, ale kiedy pierwsza część jest tak fascynująca jak „Na krawędzi nigdy” to moja niechęć do czytania w obcym języku nie stanowi żadnej przeszkody.

W mojej osobistej ocenie te dwie części książki zasługują na najwyższe noty. Nie wiem czy znalazłabym choć jedną rzecz, do której mogłabym się przyczepić. Oderwanie się od tej książki graniczyło z cudem, nawet perspektywa spania na biurku w pracy nie była  wystarczająco straszna.

Właściwie nawet nie wiem od czego zacząć... mam mętlik w głowie. Pewnie w kategoriach literackich należałoby rozpatrywać te pozycje jako powieści drogi i romans w jednym. Dla mnie jednak to przepiękna historia dwojga młodych ludzi, którzy poszukują swojej drogi życiowej, siebie samych i którzy zmagają się z przeciwnościami losu, często bardzo dramatycznymi. To historia o dojrzewaniu (przy czym nie mam tu na myśli nastolatków, bo bohaterowie to tzw młodzi dorośli), poznawaniu siebie i przełamywaniu wszelkich schematów i barier. Fabuła książki to nieustanna podróż w sensie dosłownym i tym bardziej ogólnym. 

Historię poznajemy z dwóch perspektyw głównych bohaterów. I tu pasowało to idealnie. Ten zabieg autorki miał sens. Camryn dwudziestolatka, która dryfuje przez życie, szuka celu i zmaga się z problemami, które ją przytłaczają. Jednocześnie jest bardzo wrażliwą,  mądrą i śliczną dziewczyną. Autorka bardzo jasno nakreśliła jej osobowość, dała wgląd w jej myśli i uczucia. Camryn miota się między własnymi pragnieniami, ich realizacją a życiem obecnym, którego nie chce - tego jest pewna. Jednocześnie nie do końca potrafi jasno sprecyzować czego chce. Swoje problemy i swój ból zatrzaskuje w głowie i stara się żyć dalej, po części odcinając się od kontaktów między ludzkich. 

Z kolei Andrew to utalentowany, wrażliwy i przystojny mężczyzna z kilkoma tatuażami (wspominam o tym, gdyż jeden ma ogromne znaczenie w tej historii). Nie jest idealny, o nie, potrafi być porywczy, ale też nie okazywać uczuć. Pragnie wolności w równym stopniu co Camryn i chyba jako jedyny wie, co ona naprawdę przeżywa. To dzięki niemu zaczyna się ich wspólna podróż. Andrew nie uznaje kompromisów, pokazuje Camryn, że jej pragnienia są możliwe, że mogą zrobić cokolwiek tylko zechcą i być kim chcą. Przez wspólną podróż poznają siebie nawzajem. Dzięki dwuosobowej narracji czytelnik może dostrzec jak bardzo ta dwójka uzupełnia się wzajemnie. Jednak Andrew ma sekret, który spada na czytelnika niczym bomba (choć pewne podejrzenia z pewnością pojawią się prędzej). Jego postać jest absolutnie magiczna, urzekł mnie od samego początku wszystkim. Jestem zwyczajnie oczarowana. Co nie znaczy, że Camryn nie jest równie cudowna.

Przepiękny wątek dotyczy Orfeusza i Eurydyki. To wątek, który odgrywa tu ogromną rolę. Powiedzieć, że jest romantyczny i wzruszający to stanowczo za mało. Cała książka (a ściślej obie) obfituje w wiele wartych uwagi przemyśleń głównych bohaterów, nad którymi warto zatrzymać się choć na chwilę. Jest tu wiele bardzo zabawnych momentów, które przyprawiają czytelnika o napady śmiechu. Równie wiele jest momentów, które przyspieszają bicie serce i sprawiają, że ma się ochotę krzyczeć „Nie!!!”. Historia ta potrafi wyciskać łzy wzruszenia, które trudno oponować, ale i łzy radości. Nawet czytając epilog trudno mi było opanować łzy wzruszenia. 
W drugiej części „The edge of always” poznajemy dalsze losy Camryn i Andrew. Losy obfitujące w cierpienia, radości i smutki. Tak naprawdę dopiero po przeczytaniu drugiej części czytelnik czuje absolutne nasycenie i kompletność tej historii. Możemy zobaczyć jak  Andrew i Camryn dojrzeli, zmienili się, pokonali trudności i odnaleźli właściwą drogę. Jednocześnie nadal pozostali sobą, wrażliwymi osobami, zapatrzonymi w siebie. W pewnym sensie byli jak Orfeusz i Eurydyka. 

To historia niesamowicie poruszająca, romantyczna i dająca wiarę w potęgę miłości. Ale nie w sposób banalny i oklepany. To historia absolutnie wyjątkowa pod każdym względem. Historia, którą nie sposób wyrzucić z pamięci. I wreszcie to historia, do której z pewnością wrócę jeszcze nie raz i która zajmie honorowe miejsce w mojej biblioteczce.

Mam poczucie, że tym postem nie oddałam hołdu tej historii. Nie potrafię tego zrobić. To trzeba przeczytać i przeżyć samemu. Poczuć emocje, jakie wywołuje ta powieść. Naprawdę warto. Tę pozycję polecam każdemu bez wyjątku, i starszym czytelnikom i tym trochę młodszym. I najmniej ważna rzecz: przepiękna okładka i pierwszej i drugiej części. Naprawdę aż miło popatrzeć, zwłaszcza, że środek jest równie piękny.

……………..

„Andrew pociąga mnie na łóżko i po prostu mnie tuli, stalowym uściskiem ramion przyciskając do siebie na całej długości. Leżymy tak kilka godzin, patrząc, jak księżyc wędruje po niebie. Andrew nie odzywa się ani słowem, a ja nie naciskam, ponieważ on potrzebuje ciszy. I nawet gdyby żadne z nas już nigdy nie miało się odezwać, mogłabym z tym żyć, jeśli dzięki temu zatrzymalibyśmy tę chwilę.
Dwoje ludzi, którzy nie umieli płakać, płacze razem, i jeśli świat skończyłby się dzisiaj, bylibyśmy spełnieni.”     
Na krawędzi Nigdy, str. 326

wtorek, 14 stycznia 2014

Aleksandra Monir - Timekeeper


„You’ve got a new life now,
You’re free from old ties.
I can’t undertad how,
Was all I knew a lie?
We could live all we ever dreamed
If you’d just remember you love me
Cause I...
I remember
The way you uesed to hold me.
I remember
The trill we used to share.
We seem to be
Strangers passing by now.
Tell me, did you forget how

We once cares?”

Jakże wielka jest moja radość po przeczytaniu drugiej części „Poza czasem”. Wbrew moim obawom nie poczułam się rozczarowana. Wręcz przeciwnie, jestem jeszcze bardziej oczarowana. Po tej części ta historia podoba mi się jeszcze bardziej. Jest głębsza, bardziej kompletna. 

Choć nigdy nie przepadałam za rozdzielaniem głównych bohaterów, to tutaj bardzo mi się podobał ten zabieg. Może dlatego, że nie było to rozdzielenie w stricte tego słowa znaczeniu. 

W tej części czytelnik poznaje bardziej dziadków Michele oraz historię miłości Marion i Henry’ego Irvinga, która jest niemal tak samo niezwykła jak historia głównych bohaterów. Mamy też okazję poznać podróże w czasie z punktu widzenia Henry’ego - za sprawą jego dziennika. Opis lat 90-tych widzianych jego oczami autorka zdała na 6... Trudno opisać coś, co dla nas jest codziennością (mam na myśli gadżety codziennego użytku), jako przedmioty absolutnie niezwykłe. Autorka uniknęła przy tym przesady, o którą łatwo przy tego typu zabiegach. Oczywiście wątek związany z Rebeccą wprowadza dodatkowo dreszczyk emocji. 

Fabuła przeplatana jest informacjami z podręcznika The Handbook of the Time Society, który wzbogaca treść i dostarcza czytelnikowi wskazówek odnośnie tego kim tak naprawdę jest Michele.

Ogólnie obie części bardzo mi się podobały. Mam słabość do tego typu książek. Obie  moim zdaniem zostały napisane bardzo lekko i  czyta się je jednym tchem. Naprawdę trudno było mi się od nich oderwać. Gorąco polecam. Ja sama z pewnością wrócę do tej historii jeszcze nie raz.

……………..

"I wish I could tell you everything, but I’m afraid you’ll think I’m crazy—even crazier than you probably think I already am,” she said with a shaky smile. “We have so much to talk about, but first, you just need to remember.” “Help me, then.” Philip moved a step closer to her, and Michele felt a delicious shiver run up her spine at the feel of his breath on her cheek. Summoning her courage, Michele took his hand, lacing her fingers with his. “Does this … feel familiar?” Philip held his breath. He closed his eyes, and for a minute the two of them seemed to have forgotten where they were. “Michele,” he whispered, as if in a trance. “I don’t know why I feel like this.” She found that she could barely move or think as Philip gently leaned his forehead against hers, his body so close that she could hear his accelerated heartbeat. With trembling hands, she reached up and placed her palm against his, their fingers interlacing again. Gazing at each other, a look of mutual understanding seemed to pass through them, when suddenly the grand lobby clock struck—and Michele felt their two bodies begin to rise. Philipe drew a sharp breth, clasping her hand tighter and looking down in disbelief as their feet were lifted off the floor by an invisible hand. " What's heppening?"

piątek, 10 stycznia 2014

Alexandra Monir – Poza czasem

PRAWDZIWA MIŁOŚĆ NIE ZNA GRANIC, CZASU I PRZESTRZENI…



„Nie umiem żyć zwyczajnie,
Muszę gonić czas.
Pochłonął mnie nieodwracalnie
Twoich oczu blask.
Zabierz mnie tam, gdzie przyjaciel czas
Nigdy już nie rozdzieli nas.
Zabierz mnie na szalony bal,

Ściśnij dłoń - odfruniemy w dal.”

Jedno jest pewne, na pewno zapamiętam tę książkę na bardzo długo. Kiedy o niej myślę na usta ciśnie mi się słowo „urocza” i „piękna”. Czytałam już wiele historii, w których pojawiał się wątek podróży w czasie, ale ta jest po prostu niesamowita. Z pewnością przyczynia się do tego styl autorki, który bardzo mi odpowiada. Monir pisze lekko i z ogromnym wyczuciem.
Autorka zabiera nas w niesamowitą podróż m. in. po Nowym Yorku z 1910 roku, w epokę jazzu i szalonych lat dwudziestych i wreszcie do Ameryki w okresie II wojny światowej. Wszystko to przeplata się z rokiem 2010. Mogłoby się wydawać, że taka podróż może być nużąca, ale nic bardziej mylnego. Opisy są bardzo wyważone, a przedstawiane wydarzenia niesamowicie wciągające. Po prostu nie sposób oderwać się od tej książki. I choć historia sama w sobie jest nieprawdziwa, to jednak miejsca opisane w książce, są jak najbardziej rzeczywiste. Możemy np. spotkać Luisa Armstronga, odwiedzić Harlem etc. Poznajemy też ówczesną socjetę, przeplata się nawet słynna Lista Czterystu. 
Główni bohaterowie to również ogromny plus tej historii, wszak to przecież romans. Romans inny niż wszystkie. Trudno mi go opisać, bo to pewna doza niewinności, romantyzmu i wyrafinowania. Dla mnie niezwykle urzekający, choć nie powiedziałabym, że szczęśliwy. W fabule bardzo ważna jest muzyka, pięknie wplatane melodie i teksty piosenek (Autorka jest też kompozytorem i solistką). Philip Walker to postać, o której tak naprawdę niewiele wiemy, a nie miałam poczucia, że jest płaski i pozbawiony osobowości. Wręcz przeciwnie, pokochałam go bezgranicznie od samego początku i z każdym kolejnym jego pojawieniem się w książce, moja miłość tylko rosła. Z kolei Michele Windsor to dziewczyna, której życie diametralnie się zmienia. Odkrywa, że może czerpać radość z życia. Właściwie emocjonalnie dojrzewa dzięki swoim podróżom w czasie. Miłość ich obojga jest naprawdę piękna, choć trudna. 
Mimo, że Poza czasem to romans autorka nie skupia się tylko i wyłącznie na nim. Michele poznaje swoich przodków, głównie płci żeńskiej. Wszystkie one są wyraźnie nakreślone, choć autorka nie miała zbyt wiele miejsca na zaakcentowanie ich osobowości. Właściwie w pewnym sensie ta historia jest też swoistym hołdem dla kobiet, które  żyły w tamtych czasach. 
„Nagle poczuła się dumna, że należy do rodziny Windsorów. Kobiety Windsorów musiały mierzyć się z bólem i rozpaczą, zawsze jednak trzymały głowy wysoko, szły do przodu i nigdy nie traciły nadziei. Były najsilniejszymi, najbardziej inspirującymi kobietami, jakie kiedykolwiek poznała. Ich zachowanie poruszyło ją i czuła się teraz zmotywowana, by pójść za ich przykładem.”
Nie mam pojęcia dlaczego ta historia aż tak bardzo mnie urzekła, pewnie złożyło się na to wiele czynników, ale jestem oczarowana. I dobrze mi z tym :) Wiem, że jest druga część tej historii, niestety jeszcze nie w naszym rodzimym języku, pewnie jak znajdę chwilę zajrzę do angielskiej wersji. Mam tylko nadzieję, że kolejna część nie przyniesie ze sobą rozczarowania i nie będzie sztucznie przedłużana, jak to często bywa. Jestem jednak dobrej myśli i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Tę część jednak zdecydowanie polecam.

Melodia, która pojawia się w książce Franz Schubert - Serenade

wtorek, 12 listopada 2013

Alpine, Alpine II by Nanik


Alpine to jedna z  tych historii, które głęboko i na bardzo długo zapadają w pamięć. Jedna z tych, do których wraca się wielokrotnie. Jedna z tych, po których ciężko znaleźć coś równie dobrego. Ktoś całkiem niedawno tu na blogu zarzucił mi, że czepiam się właściwie wszystkiego. Cóż... mam do tego prawo, bo trudno się nie czepiać banałów, kiedy czyta się coś tak dobrego, jak właśnie Alpine. To historia, którą czyta się z wypiekami na twarzy, z niecierpliwością przewraca kolejne strony, w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Historia, która nieodwracalnie zabiera czytelnika w świat wykreowany przez autorkę. O czym więc jest Alpine?

Do ponurego, deszczowego miasteczka, tuż po śmierci swoich rodziców trafia Callie. Dziewczyna bardzo szybko przekonuje się, że Alpine nie jest zwykłym miasteczkiem. Ponura atmosfera tego miejsca, mrok i cienie czające się w każdym kącie oraz dziwni mieszkańcy sprawiają, że Callie odczuwa coraz większy niepokój. Co gorsza okazuje się, że dziewczyna nie znalazła się w tym miejscu przypadkiem. Splot wydarzeń oraz strzępy informacji sprawiają, że Callie nie wie kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Jaką przyjdzie odegrać jej rolę w Alpine? Czy uda jej się uciec przed przeznaczeniem? Tego i wielu innych rzeczy można dowiedzieć się tylko w jeden sposób... czytając.

Czytając tę historię czytelnik zderzy się z wieloma emocjami, najczęściej trudnymi. Bo mrok czai się na każdym kroku. Trudne decyzje muszą zostać podjęte. Niewiedza powoduje dezorientację. Każda próba oporu zostaje ukarana. Przyjaciele mogą okazać się wrogami, a wrogowie przyjaciółmi. 

Historia Alpine pokazuje do czego może być zdolny człowiek. Człowiek zaślepiony własną wizją i poczuciem wyższości. Pokazuje czego może dokonać chciwość, brak zahamowań i absolutna bezwzględność. Pokazuje też, że trzeba walczyć, nawet jeśli sytuacja wydaje się beznadziejna. Pokazuje, że człowiek w grupie jest  w stanie osiągnąć o wiele więcej. Pokazuje też, że człowiek jest w stanie znieść naprawdę bardzo wiele. I wreszcie historia Alpine daje również nadzieję i to pod wieloma względami. Choć odbiorca tej historii wielokrotnie miał prawo wątpić w człowieka, to jednak w ostatecznym rozrachunku czytelnik otrzymuje nadzieję i wiarę w ludzką istotę.

Alpine to historia wyjątkowa pod każdym względem. Alpine to wielowymiarowi bohaterowie i nietuzinkowa fabuła. Alpine to emocje, zarówno postaci, jak i czytelnika. Alpine to historia, w której nic nie dzieje się przypadkiem. I wreszcie Alpine to historia, do której z pewnością wrócę jeszcze wielokrotnie. 


Opowiadanie jest dostępne tutaj, po uprzedniej prośbie autorki o hasło. Gorąco polecam.

niedziela, 1 września 2013

Nora Roberts - Trzy Boginie


Zastanawiam się jak napisać cokolwiek, żeby nie zdradzać treści. Trzy Boginie to lektura idealna zarówno na urlop, jak i na zimowy wieczór z kieliszkiem wina. 

O czym jest książka? Opowiada historię poszukiwania statuetek, które razem tworzą bezcenny skarb. Ich historia sięga dawnych dziejów. Posążki były a to przekazywane z pokolenia na pokolenie, a to kradzione. To co, w tej książce naprawdę wyjątkowe to wiele ciekawych zwrotów akcji i szóstka bohaterów, których losy splatają się ze sobą. Choć głównych postaci jest stosunkowo dużo to dzięki wyrazistym charakterom nie zlewają się w szarą plamę. Akcja toczy się naprawdę bardzo wartko i nie sposób nudzić się przy lekturze. Fabułę ubarwiają wątki i zawirowania miłosne. To, co moim zdaniem jest atutem, to dość obszerny prolog, w którym cofamy się do poprzedniej epoki i kradzieży jednego z posążków. Chciałabym napisać więcej, ale nie mam zamiaru powtarzać tego, co możecie przeczytać na okładce, a cała reszta niepotrzebnie zdradzi treść. Dodam tylko, że ta pozycja to osobliwe połączenie książki przygodowej z romansem.

niedziela, 3 marca 2013

Katarzyna Michalak - Mistrz



Ach, muszę przyznać z lekkim wstydem z resztą, że rzadko ostatnio sięgam po książki oficjalnych polskich autorów. Rodzimych autorów preferuję tych nieoficjalnych, publikujących w sieci, są o wiele bardziej ciekawi. Tym razem jednak chylę czoło przed Katarzyną Michalak. Od razu przyznaję bez bicia, że nie mam pojęcia, co to za autorka ale „Mistrzem” podbiła moje serce. Oczywiście mogłabym się doczepić do kilku drobiazgów, ale nie mam zamiaru o nich wspominać, bo przy całokształcie są kompletnie nieistotne.

„Mistrz” należy do serii z tulipanem, czyli tylko dla dorosłych. Nie jestem pewna czy zaliczyłabym tę pozycję do literatury erotycznej, bo choć sceny były, to nie były najistotniejsze w fabule. 

Zastanawiam się co napisać, żeby nie zdradzić zbyt dużo z treści, bo to zniszczyłoby elementy zaskoczenia a było ich co najmniej kilka. Akcja była wartka i kiedy już się zaczęło, nie dało się oderwać od książki. Już sam początek był emocjonujący, potem było już tylko lepiej. Główni bohaterowie zdobyli moje serce. Raul i Sonia, o ile tego pierwszego trudno było mi na początku zrozumieć, o tyle na końcu zapałałam do niego bezwarunkową miłością :D Gangster i niewinna dziewczyna, uwikłana w coś, o czym nie ma bladego pojęcia. Mamy tu więc mieszankę niebezpieczeństwa, namiętności i tajemnicy. Mafia i wszystko, co z nią związane tylko dodaje pikanterii całej książce. 

Chciałabym napisać wiele, ale nie mogę, bo zdradzę treść. Powiem tylko, że chciałabym innego zakończenia, co nie znaczy, że obecne było złe. Gorąco polecam tę pozycję, bo warto. Oby więcej takich polskich powieści. 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Becca Fitzpatrick - Finale



Ostatnio mam coraz mniej czasu na czytanie. Może przez moje ciągłe napięcie w ostatnim czasie, ciężko mi trafić na książkę, która spodobałaby mi się w pełni? Nie mam pojęcia.

Finale to ostatnia, 4 część Szeptem. Tak szumnie została okrzyknięta najbardziej romantycznym zakończeniem. Cóż... ja tam nie widziałam nic porywającego. Sama książka nie była zła, ale momentami strasznie mi się dłużyła. Wiele wątków musiałam sobie przypomnieć (jako, że od poprzedniej części minęło sporo czasu), często też odkładałam tę książkę i sięgałam po inne zajęcia, co mi się nie zdarza, kiedy wciąga mnie fabuła. Nora i Patch jakoś stracili swój urok. Gdzieś po drodze od pierwszej części stracili swój urok. I choć sama fabuła i sieć zagadek była pomysłowa, to chyba nie do końca rozwinięta na korzyść. Czegoś mi zabrakło. Zakończenie mnie nie poruszyło. Ot... zwykła bitwa, nieopisana jakoś wyjątkowo szczegółowo, wręcz przeciwnie. Nie było jakichś większych dramatów i trzymania w napięciu. Dla mnie to było jakieś nijakie. 

Zawsze serię Szeptem porównywałam z Upadłymi, pewnie dlatego, że zaczęłam je czytać w tym samym czasie. O ile na początku bardziej podobało mi się szeptem, o tyle w ostatecznym rozrachunku wybieram Upadłych, zwłaszcza po ostatniej części, która trzymała w napięciu, była zaskakująca i przede wszystkim bardzo emocjonalna i wzruszająca. To tyle, wybór lektury serii Szeptem pozostawiam w Waszych rękach. Ja ani nie polecam ani nie odradzam :) Ach... zdecydowany plus za okładkę, ta jest niestety lepsza od treści.

piątek, 2 listopada 2012

Nalini Singh - Archangel’s Storm



Ach, kiedy sięgam po kolejne części serii o Łowcach Gildii, wzdycham z pewną tęsknotą za Eleną i Rafaelem. I choć, Zarówno Honor, jak i Mahiya zdobyły moją ogromną sympatię, to Elena skradła moje serce. 

Samą autorkę kocham miłością bezwarunkową. Czasem spotykam się z  ostrą krytyką pod jej adresem, pertraktującą o tym, iż jej bohaterowie, zawsze są piękni i intrygujący, często złamani w przeszłości. Trudno obalić ten argument, bo to prawda. Dla mnie jednak, to jej ogromny atut, bo czy takich mężczyzn spotyka się na codziennie na ulicy? Nie... właśnie dlatego lubię sobie o nich poczytać i oddać wodze fantazji. Bohaterowie Nalini są więc piękni i złamani, ale przy tym wielowymiarowi, niebanalni i ciekawi. Mają w sobie coś, co sprawia, że chcę się o nich dowiedzieć coraz więcej i więcej. I nie ma znaczenia, czy to seria o Łowcach Gildii, czy o rasie Psi. 

Archangel’s Storm opowiada o Jasonie czarnoskrzydłym aniele i księżniczce, będącej siostrzenicą Nechy. Jason intrygował mnie od samego początku, jednak zanim zaczęłam czytać tę część, żałowałam, że nie jest ona o moim ulubieńcu Illiumie. W ostatecznym rozrachunku nie jestem zawiedziona. To, co uderzyło mnie chyba najbardziej, to odmienność Mahiyi od poprzednich bohaterek. Mahiya była bardziej... delikatna, kobieca i słodka, co wcale nie oznacza, że była słaba. Łączyła w sobie kobiecą zmysłowość, inteligencję i siłę, co dało nam bardzo intrygującą bohaterkę. Jason natomiast... zdobył moją absolutną sympatię po tej części. Podobało mi się, że na samym końcu on nadal pozostał sobą. Otwarł się, to prawda, ale też nie do końca, dzięki temu nie było to sztuczne. Historia jego złamania była bardzo natomiast bardzo poruszająca, aż chciałoby się zapłakać. Jedyne, co mi nieco przeszkadzało, to... może nie tyle zbyt szybki rozwój akcji między dwójką głównych bohaterów, a raczej zbyt nagły. Początkowo relacja między bohaterami była bardzo subtelna, niemal niezauważalna, a potem nagle wybuchła z pełną mocą, mimo to zachowała swoją specyfikę, więc nie mam zamiaru się czepiać.

Sama fabuła i rozwój wydarzeń, zaskoczyły mnie nie jeden raz, co w przypadku Nalini jest już właściwie norą. Ona nigdy niczego nie upraszcza, wywołując o czytelnika głód, który można zaspokoić, tylko w jeden sposób - docierając do ostatniej strony. 

Gorąco polecam, nie tylko tę część ale całą serię o Łowcach Gildii. Ja z pewnością wrócę do tych książek jeszcze wielokrotnie. 

sobota, 6 października 2012

Susan Elizabeth Phillips - Arena



Jest to jedna z moich ulubionych książek. Choć czytałam ją dawno, często powracała i domagała się mojej uwagi. Być może dlatego sięgnęłam do niej ponownie. 

Czytając opis na okładce, mogłoby się wydawać, że w fabule nie ma nic szczególnego. Ojciec na siłę wydaje za mąż swoją rozpieszczoną córkę, za gburowatego człowieka. Generalnie Daisy musi wytrzymać ze swoim irytującym, przymusowym mężem pół roku, żeby otrzymać fundusz powierniczy. Brzmi tandetnie? Możliwe, ale wcale takie nie jest, okazuje się bowiem, że przymusowy mąż jest menadżerem cyrku, a rozpieszczona dziedziczka i surowe warunki cyrku - muszą zwiastować katastrofę. 

Książka urzekła mnie pod wieloma względami, jednak to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to fakt, że autorka potrafiła sprawić, iż niejednokrotnie zwątpiłam w szczęśliwe zakończenie. Fabuła wcale nie była lekka, nawet jeśli zdarzały się sytuacje śmieszne, były zabarwione pewną dozą goryczy. Warunki cyrkowe nie należą do łatwych, wręcz przeciwnie, panują tam twarde i surowe reguły. Towarzyszenie bohaterce w tych zmaganiach było więc nie lada przeżyciem.

Daisy wcale nie była typową rozpieszczoną dziedziczką. Zdobyła moją sympatię od samego początku. Jej upór i determinacja były godne podziwu. Bezustannie musiała zmagać się z pogardą i upokorzeniem, a jednak się nie załamała. To tylko zwiększało jej determinację. Przebywanie z, delikatnie mówiąc, nieprzychylnie nastawionym małżonkiem, tylko dolewało oliwy do ognia. Zwłaszcza, jeśli owy małżonek jest nie tylko cyniczny ale również przystojny i pociągający. Wzajemne pożądanie z całą gamą negatywnych emocji  (włączając w to wyżej wymienioną pogardę) sprawia, iż akcja staje się dużo bardziej intrygująca. Wiele razy współczułam Daisy, czasem miałam ochotę rwać włosy z głowy, ale dzięki temu, ta książka tak bardzo zapadła mi w pamięć.

Zdecydowanie polecam tę pozycję wszystkim, zwłaszcza na nadchodzące, ponure, jesienne wieczory. 

czwartek, 27 września 2012

E L James – 50 Twarzy Greya, Ciemniejsza strona Greya, Nowe oblicze Greya


O powyższych tytułach, słyszał już niemal każdy, nawet Ci, którzy nie lubią czytać. Najróżniejsze portale bombardują nas opisami fenomenu tych książek. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym trochę nie poszperała i nie zapoznała się z komentarzami i opiniami, o tej serii. I szczerze mówiąc miałam niesamowitą zabawę, zapoznając się z tym wszystkim, ubawiłam się setnie nie jeden raz. Możemy więc przeczytać np., że to „pornol dla mamusiek”, „sado maso”, cz też, że pierwotnie był to fan fiction uwaga (!) o wampirach. Żeby było śmieszniej to ostatnie przeczytałam w szanowanym tygodniku, nie był to więc żaden komentarz, tudzież opinia. Dochodzę więc do wniosku, że wiele osób wypowiadało się, nie wiedząc tak właściwie o czym. Nie mam pojęcia, czemu miałoby to służyć, ale dociekać nie będę.


Jak zwykle, kiedy jakaś książka zostaje okrzyknięta fenomenem, natychmiast pojawiają się jej zagorzali przeciwnicy i zwolennicy. W tym wypadku nie może być inaczej. Oczywiście każdy ma prawo do własnego zdania, nie każdemu musi się wszystko podobać, gusta są przecież różne. Jednak czytając komentarze ( nie ma znaczenia czy przychylne czy wręcz odwrotnie) dochodzę do wniosku, że w większości tych wypowiedzi mam do czynienia ze skrajnym niezrozumieniem treści. Wszędzie pojawiają się głównie wzmianki o wszelkiego rodzaju scenach seksu, cóż było tego sporo, ale nie to było tu najważniejsze. Sado maso? Hmm… radziłabym co poniektórym sprawdzić to pojęcie w słowniku, bo najwyraźniej mamy tu do czynienia z pomyleniem pojęć, lub z problemem czytania ze zrozumieniem. Jednych obrzydza to, drugich obrzydza tamto… ja tu nie widziałam nic szczególnie obrzydliwego, już bardziej obrzydliwe było choćby „The red Line”.

Spotkałam się też z zarzutami, pod kątem samej poprawności tekstu i liczby powtórzeń. Cóż… tekst może i nie był szczególnie bogaty, mnie to akurat w tym wypadku nie przeszkadzało, ale domyślam się, że bardziej wrażliwi mogli mieć z tym problem. Faktem jest też, że 2 części czytałam w języku angielskim, który generalnie, charakteryzuje sporo powtórzeń, nie zwracałam więc na to uwagi. Nie mnie oceniać bogactwo językowe, nie jestem ekspertem, zostawię ocenę specjalistom.
Odnosząc się teraz do samej treści, mnie się książka bardzo podobała, i jestem pewna, że wrócę do niej jeszcze nie raz. I wcale nie chodzi mi tu o sceny seksu, bo zwracanie uwagi tylko na nie, jest nieco krótkowzroczne. Mnie zafascynowała postać samego Christiana, został świetnie wykreowany. Jest taką damską fantazją. Niesamowicie bogaty, przystojny i absolutnie niedoskonały. Mężczyzna męski w stu procentach, a jednak złamany przez swoje wcześniejsze doświadczenia. I to tu, moim  zdaniem, było prawdziwe centrum akcji. To na tym powinien się skupić czytelnik. Na wewnętrznej przemianie, jaka zaszła w tym bohaterze. Na mozolnej pracy zarówno jego, jak i jej. Na tym jak ciężko było zwalczyć wszystkie traumy. Jeden krok do przodu, dwa do tyłu. To była niezła frajda patrzeć, jak dorosły mężczyzna dorasta na naszych oczach, jak reaguje na otaczającą go rzeczywistość i jak traci nad nią kontrolę, jak próbuje walczyć o to, na czym mu zależy. Czasem było ciężko, czasem gorzko, czasem słodko. Tego samego doszukałam się w scenach seksu, tu nie chodziło o tanie podniety dla czytelnika, to miało swój sens, który został wyraźnie nakreślony i wystarczyło tylko chcieć go dostrzec. Skupiając się na tym, cała seria nabiera zupełnie innego, głębszego znaczenia. I to właśnie dlatego tak bardzo podobała mi się ta książka. Poza tym akcja była wciągająca i trzymała w napięciu.
Podobno ma powstać ekranizacja, cóż, nie jestem pewna jak miałoby to wyglądać, obawiam się, że może to przypominać porno. Pewnie obejrzę film (jeśli powstanie) z czystej ciekawości. Trwają spekulacje, kto ma grać rolę głównego bohatera, ja mam swój typ, ten ktoś pojawiał mi się przed oczami za każdym razem kiedy tylko usiłowałam sobie wyobrazić Christiana. Nie napiszę kto to, ale z pewnością nie jest to R. Pattinson.
I na koniec czy polecam tę pozycję? Ani tak, ani nie. To zależy czego, kto szuka w książkach, jeśli ktoś jest wyczulony na sceny seksualne, to może nie dać rady tego przeczytać, co wcale nie znaczy, że są paskudne. Dla mnie każda następna część była lepsza od poprzedniej, ale to moje bardzo subiektywne odczucie

poniedziałek, 10 września 2012

Nanik - Bandyta


Piszę tu o różnych książkach, które miałam przyjemność (bądź nieprzyjemność) przeczytać. Dzisiaj wspomnę o opowiadaniu autorskim.
Bandytę po raz pierwszy czytałam jako ff, ostatnio wróciłam do tej historii w wersji autorskiej i po raz kolejny się zachwyciłam. Mimo braku czasu, potrzebowałam oderwać się od codzienności, a Bandyta to świetny dystraktor.
Akcja toczy się na Dzikim Zachodzie, w otoczeniu stepów i pustynnych krajobrazów. Jako, że wszystko rozgrywa się w dawnych czasach, łatwo jest sobie wyobrazić szelest sukien i słońce palące skórę. To nadaje tej historii absolutnie wyjątkowy klimat. Bohaterowie są niebanalni, a każdy z nich jest indywidualnością nie do podrobienia. W dodatku owe postaci tworzą ze sobą istną mieszankę wybuchową. Bo czy można sobie wyobrazić pastora i byłą tancerkę prosto z saloonu razem? Albo urodzoną damę w parze z bezwzględnym bandytą, ściganym listem gończym? Jeśli nie czytało się tej historii, to rzeczywiście trudno to sobie wyobrazić. I to jedna z rzeczy, która czyni tę opowieść tak bardzo wyjątkową.
Główna bohaterka Lizzy wyżej wspomniana panna z dobrego domu, jest wcieleniem ognistego temperamentu i impulsywności. Potrafi jeździć na oklep i spędzić spontaniczną noc z nieznajomym. Jej nieustraszenie nie zna granic. A Lucas? Nasz bandyta, to postać iście zagadkowa i w pełni nieprzewidywalna, a jednak potrafi być oddany jak mało, który mężczyzna. Ukształtowały go trudne warunki i prawo przetrwania, co czyni go osobą szczególną.
Ponieważ nie chcę zdradzać treści, powiem tylko, że ta historia potrafi zaskakiwać, bawić, śmieszyć i doprowadzać do łez, trzymając przy tym w napięciu do granic możliwości. Serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą oderwać się od rzeczywistości. Ja z pewnością wrócę do tej historii jeszcze nie jeden raz.
Bandytę można znaleźć na chomiku Nanik_ po uprzedniej prośbie o hasło.

piątek, 24 sierpnia 2012

Nalini Singh – W objęciach lodu


Przyznam szczerze, że nie miałam szczególnej ochoty czytać akurat o tym bohaterze. Z poprzednich części wydawał mi się mało pociągający. Teraz jednak muszę zwrócić mu honor i stwierdzić, że ta część jest równie interesująca, jak dwie poprzednie, o ile nie bardziej. Byłam tym oczywiście zaskoczona, a nie powinnam, poznałam przecież teksty Nalini Sngh. I tym razem również się nie zawiodłam, wręcz przeciwnie mój apetyt na czytanie o rasie Psi jeszcze się wzmógł.
W tej części było mniej scen erotycznych, co wcale nie było złe. Autorka skupiła się na wielu innych szczegółach. Judd jako strzała i człowiek z lodu urzekł mnie bez reszty. Był szorstki i nieprzystępny, a jednak pod tym dało się wyczuć (właściwie tylko intuicyjnie) jego opiekuńczość i cały arsenał emocji. Brenna natomiast fascynowała mnie ze względu na jej wcześniejsze przeżycia. Podobała mi się jej żelazna wola i rozchwianie emocjonalne, które występowały przemiennie. Relacja głównych bohaterów również bardzo przypadła mi do gustu. Nie była cukierkowa, ale też nie chłodna, może nieco zdystansowana, ale też bardziej dzika i pierwotna (jakkolwiek dziwnie brzmi ta mieszanka). Opierała się na czymś zupełnie innym niż te, które znałyśmy z poprzednich dwóch tomów. No, ale też pierwszy raz to mężczyzna był Psi i to nie byle jakim.
W tej części autorka skupiła się nieco bardziej na samym SnowDancer, co było bardzo interesujące. Można było poznać dokładniej ich strukturę, hierarchię i obyczaje. Może wynikać to z faktu, że nie musiała dzielić treści na świat Psi. Tak czy inaczej polubiłam SnowDancer w równym stopniu, co DarkRiver.
Teraz czekam na kolejny tom i nie, nie sięgnę po angielską wersję, obym wytrwała w tym postanowieniu. Tymczasem zostawiam mały fragment książki poniżej:
Kiedy wyszczerzyła na niego zęby i zaczęła się miotać i wykręcać, wiedział, że jeśli jej nie powstrzyma, to zrobi sobie krzywdę. Zaryzykował i wypuścił jej nadgarstki w tym samym momencie, kiedy objął jej ramiona w silnym uścisku. Jej pazury szarpały jego boki i sweter i przedzierając się przez górne warstwy skóry, zanim unieruchomił ją przy swoim ciele. Jej zęby zatrzymały się na jego arterii. Ale się nie wgryzła.
- Brenna, wrócisz. Jeśli nie, to Enrique wygra.
Czuł krew ściekającą po bokach, ale to zęby Brenny były prawdziwym zagrożeniem. Mógł ją unieszkodliwić – gdyby był gotów ją zranić. A nie był.
- Właśnie w tej chwili wygrywa – powiedział jej. – Robiąc z ciebie skomlącą, drapiącą istotę, którą wszyscy uważają za obłąkaną. – Okrutne słowa, ale tylko one mogły nią wstrząsnąć, obudzić ją. – Tym właśnie jesteś? Złamanym wilkiem? Tym, czym on cię uczynił?
Warcząc, wypuściła z zębów jego tętnicę.
- Zamknij się! – wrzasnęła z palącą wściekłością.
- Dlaczego? Wszystko, co powiedziałem , to prawda. – Wciąż naciskał, choć inni by już przestali. – Wysunęłaś wilcze pazury, masz dziką twarz i podarte ubranie. Wyglądasz jak obłąkana.
Tupnęła bosą stopą o jego but.
- Założę się, że swojej sztuki uwodzenia uczyłeś się tam, gdzie uroku – w gułagu Rady.”  

poniedziałek, 2 lipca 2012

Nalini Singh – W ogniu uczuć


Jest to druga część z serii o rasie Psi. Tym razem główną bohaterką jest Faith, dziewczyna, która jest niezwykle cenną jasnowidzką. Samo to niby nie jest szczególnie niezwykłe, a jednak w wykonaniu Nalini nabiera niesamowitego charakteru. Przede wszystkim ta część wydawała mi się nawet głębsza niż poprzednia. Być może dlatego, że Faith przez ponad dwadzieścia lat żyła w kompletnym odosobnieniu. Właśnie przez to, była dużo bardziej narażona na czynniki zewnętrzne. Nawet zwykły dotyk dostarczał jej zbyt wielu wrażeń zmysłowych, które groziły załamaniem się jej umysłu. Faith sama w sobie była dość złożoną postacią, a jednak niezwykle silną. Widziała straszne rzeczy w swoich wizjach, nawet z punktu widzenia mordercy, narażała przy tym własne życie, a jednak walczyła o swoje przetrwanie. Trudno mi opisać atmosferę, jaka panowała w tej części, bo o ile w poprzedniej urzekło mnie odkrywanie emocji, o tyle w tej części zachwyciło mnie odkrywanie namiętności przy pomocy wielu zmysłów. To było naprawdę niesamowite czytać coś takiego.
Dodatkowej pikanterii dostarczał drugi główny bohater Vaughn, który pojawił się również w poprzedniej części. Bardzo się cieszę, że  autorka tym razem właśnie jego obrała sobie za cel. Jako, że jest on najdzikszym ze zmiennokształtnych, w połączeniu z kruchą Faith tworzyli iście wybuchową mieszankę.
Byłam też pozytywnie zaskoczona, że poprzedni bohaterowie nie zostali tu pominięci i poniekąd można było przeczytać o ich dalszych losach, co dla mnie jest ogromnym atutem. Już nie mogę doczekać się kolejnej części, która ma ukazać się jakoś w sierpniu.
Jako, że w żaden sposób nie potrafię opisać atmosfery, tej jakże pasjonującej książki, postanowiłam poniżej zamieścić mały jej fragment.

„I nagle stał już o stopień niżej niż ona, mimo to był wyższy, silniejszy, emanujący dziką, niezaprzeczalną męskością. Jego na współ ludzkie oczy uchwyciły jej spojrzenie.
- Czego chcesz?
- Nie wiem – odpowiedź wyszła z samego jej jądra, z tej nieznanej części psyche, która była zdolna odczuwać zarówno lodowate przerażenie, jak i najbardziej rozkoszny głód.
- Możesz dotknąć. – Jego głos był prawdziwym kocim mruczeniem, które przetoczyło się po niej jak najmiększa, najbardziej zmysłowa pieszczota żywego futra. – Ja ciebie dotykałem. Teraz możesz wyrównać rachunki.
Dotknąć? To był bardzo zły pomysł. Prawdopodobnie rozsadzi jej umysł, czyniąc z niej śliniącą się idiotkę.
- Nie mogę.
- Tylko tyle, ile będziesz chciała – kusił. – Sama zdecydujesz. – Uniósł ramiona i zacisnął dłonie na brzegu daszku osłaniającego ganek. – Obiecuję.
Zaufać kotu? Musiałaby być szalona.
- Muszę wrócić – wyszeptała, lecz jej oczy utkwione były w zmysłowej pełni jego ust, a jej umysł zalany echem jego erotycznych myśli.
- Dopiero za kilka godzin. To mnóstwo czasu na zabawę.
Ale czy wystarczy jej czasu na naprawienie tarcz? Chroniące ją przed siecią działały, ale wbrew wszystkiemu, czego doświadczyła, czego dowiedziała się tego wieczoru, jeszcze nie znała metody, która ochroniłaby ją przed ciemnością i jednocześnie pozwoliła zabezpieczyć się przed złamaniem Ciszy. Już była szalona. Ponieważ zamierzała przyjąć zaproszenie Vaughna. I zamierzała się tym cieszyć. Błyskawice w jej krwi były gorącą pieszczotą, pulsowanie między jej nogami tak niepokojące jak wyjątkowy dotyk.
Czuła.
Unosząc dłoń, zawahała się, świadoma jego zwierzęcej natury.
- Obiecujesz?
Złapał na chwilę żartobliwie zębami jej palce unoszące się tak blisko jego ust.
- Obiecuję.
- Nawet jeśli ja… - nie wiedziała, jak to wyrazić.”