wtorek, 6 sierpnia 2013

Zakynthos - kilka wspomnień z urlopu cz 6.



Co jeszcze warto zobaczyć na wyspie? Z pewnością drzewo oliwne, które liczy sobie 2000 lat jest atrakcją. O ile dobrze pamiętam jest to druga najstarsza oliwka w całej Grecji. Na zdjęciach tego nie widać, ale jest naprawdę ogromna. Z ciekawostek: jeśli chodzi o oliwki ich kolor (fioletowe vs. zielone) zależy od pory zrywania. Jeśli oliwki zrywane są wcześnie mają kolor zielony, później zrywane mają kolor fioletowy/brązowy. Osobiście w Polsce wolę te zielone, w Grecji jest mi to obojętne. 


Zdjęcie powyżej przedstawia pozostałości po budowli obronnej, obecnie w murach znajduje się najstarszy klasztor na Zakynthos. Zakonnice szyją tam co roku nowe buty dla św. Dionizosa. Później buty są cięte na kawałki i służą jako relikwie. Oczywiście w środku nie można było robić zdjęć, ale ta cerkiew była bardzo skromna.



Zdjęcia wyżej (i te niżej również) przedstawiają Błękitne Groty (Blue Caves). Jest to jeden ze słynnych cudów natury Zakynthos. Na całej wyspie można zobaczyć oferty wycieczek do Błękitnych Grot. 




Błękitne Groty zdecydowanie warto zobaczyć. Błękit wody jest naprawdę niesamowity. Niestety albo stety te cuda może zobaczyć tylko od strony morza.  Z informacji bardziej praktycznych, warto wybrać się do Błękitnych Grot około godziny 13:00 wtedy słońce pada tak, że odcienie błękitu są najbardziej widoczne. Warto też dodać, że im mniejsza łódka, tym lepiej, bo do większej ilości jaskiń można wpłynąć.



Łódki najczęściej mają szklane dno, co umożliwia podziwianie dna morskiego w błękitnej toni. Jako, że Błękitne Groty to znana atrakcja panuje tam "łódkowy tłok", ale nie przeszkadza to w podziwianiu widoków. Cierpiący na chorobę morską mogą mieć problem, gdyż momentami dość mocno buja.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Samantha Young - Wbrew Zasadom



Jest to jedna z pozycji, które przeczytałam na urlopie. I mogę śmiało polecić ją właśnie na leniwe popołudnia spędzane na plaży. Jest raczej lekka i zdecydowanie przyjemna. Wciąga od pierwszych stron i czytelnik nie czuje się znudzony wstępem. Nie jest to erotyk, jak mogłaby sugerować okładka, raczej romans z wątkiem erotycznym. Autorka nie skupia się na skomplikowanych opisach pozycji seksualnych, za co ode mnie duży plus. 

W prologu poznajemy nastoletnią Joss, którą dotyka bardzo traumatyczne wydarzenie. Następnie akcja toczy się, kiedy bohaterka jest już dorosła i poszukuje mieszkania. W drodze poznaje Bradena, albo raczej pana Garnitura (ksywka nadana przez Joss). Jak to zwykle bywa, między bohaterami iskrzy od samego początku... i tu pewne zaskoczenie, bo nie rzucają się na siebie od razu. Powiedziałabym raczej, że starali się zacząć od przyjaźni, co niemal im się udało. Sprzyjał temu fakt, że Joss mieszkała z siostrą Bradena - Elle. 

Sami bohaterowie wzbudzili moją sympatię od samego początku. Joss jest zamkniętą w sobie osobą, ale nie szarą myszką. Trauma z przeszłości odcisnęła na niej swoje piętno, sprawiła, że Joss stała się dość chłodna emocjonalnie (co było jej niezaprzeczalnym mechanizmem obronnym), starała się za wszelką cenę być zdystansowana. Owy dystans  był jednak trudny, gdyż Elle i Braden byli bardzo otwarci i przede wszystkim troskliwi, co wprowadzało chaos do uporządkowanego, bezpiecznego świata Joss. Powinnam jeszcze dodać, że Joss cierpiała na napady paniki i PTSD, co dodawało smaczku całej historii. W związku z tym, pojawił się też wątek terapii głównej bohaterki - realistyczny, co było niemałym zaskoczeniem. Jeśli chodzi o samego Bradena... uwielbiałam go od samego początku. Może dlatego, że nie był tak całkiem banalny, jak to zwykle bywa? Miał w sobie to coś. Trzymał się swoich zasad, był opiekuńczy, potrafił być zdecydowany, kiedy tego wymagała sytuacja. Jednym słowem czarujący mężczyzna. W przeszłości został zraniony i nie chce żadnych emocjonalnych związków z kobietami. I choć poczuł coś do Joss, to nie powoduje to u niego spustoszenia (jak w jej przypadku). Właściwie Braden był bardzo rozsądny i wyrozumiały, choć potrafił potrząsnąć Joss, kiedy to było konieczne. Może nie zawsze używał odpowiednich metod, ale osiągał zamierzony efekt.

Tak sobie myślę, że Joss może wkurzać czytelników swoim zachowaniem. Mogę jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że jej reakcje były adekwatne do problemów i nieprzepracowanej traumy. Właściwie wszystkie wydarzenia w fabule, zostały przemyślane przez autorkę i pasowały idealnie to problemów głównej bohaterki. Nie były czymś pobocznym.

Przy tym opisie problemów Joss można by odnieść wrażenie, że historia ta będzie nieco przyciężka. Nic bardziej mylnego. Autorka pisze bardzo lekkim językiem, z nutką humoru. Wiele razy się ubawiłam. Sam wątek Elle i Adama był bezbłędny. Oczywiście niektóre sytuacje zostały nieco przerysowane, ale dla mnie były niezłą zabawą. 

Nie chcę zdradzać więcej treści, bo i tak zbyt wiele już napisałam. Mnie osobiście ta pozycja bardzo przypadła do gustu. Z pewnością sięgnę po inne książki tej autorki. Możliwe, że na mój osąd wpłynęła leniwa atmosfera plaży, ale i tak gorąco polecam tę pozycję. 

Sylvia Day – Wyznanie Crossa


Książkę przeczytałam zaraz po premierze, ale nie miałam czasu o niej napisać. Właściwie byłam zdziwiona, bo wydawało mi się, że będzie to trylogia, a tymczasem pojawią się dalsze części. Ile? Podobno w sumie 5. Nie wiem czy się z tego cieszyć. Bo o ile książki mi się podobają, o tyle obawiam się, że kolejne części będą nieco wymuszone. A może nie? W końcu ta część jest najlepsza ze wszystkich, jeśli ten trend się utrzyma… będzie dobrze :)

Co słychać u Evy i Gideona w trzecim tomie? Sporo się dzieje, ale za to jest mniej otwartych kłótni między bohaterami. Kto wie, może to cisza przed burzą? Mam nadzieję, że jednak nie. Odnoszę wrażenie, że nowie postaci jeszcze sporo namieszają – w końcu przeszłość nie może dać o sobie tak łatwo zapomnieć.  Bezgraniczna miłość Gideona nieustannie mnie zachwyca, nawet jeśli takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach :) Ich weekendowy wypad bardzo przypadł mi do gustu. Nie mam pojęcia jak potoczą się losy pary Cary-Trey, ale osobiście bardzo im kibicuję. Wątek z rodzicami Evy też może mieć jakieś znaczenie. Z chęcią przeczytam co będzie dalej i liczę na to, że się nie zawiodę.

Zakynthos - kilka wspomnień z urlopu cz 5.


Wcześniej pisałam, że Zakynthos nie ma zabytków, ale może poszczycić się pięknem natury, żeby więc nie być gołosłowną...


Zdjęcia, które tu prezentuję, to półwysep Keri ze swoimi jaskiniami - te ostatnie ciągną się wzdłuż wybrzeża. Niestety trudno je zobaczyć od lądu, trzeba więc wybrać się w rejs. A to nie lada gratka.



Piszę gratka, ponieważ na całej długości można podziwiać wybrzeże, które obfituje w białe skały i lazurową wodę. Między tymi naturalnymi mostami skalnymi łódki przepływają, właściwie można dotknąć skał. Jednak największą atrakcją jest możliwość wpłynięcia do jaskiń, które ciągną się naprawdę daleko. Pływanie w tej lazurowej wodzie w otoczeniu jasnych skał, to naprawdę niezapomniane wrażenie. Szkoda tylko, że nie mieliśmy latarek, bo jaskinie były dalej były ciemne i rozwidlały się, istniało więc zagrożenie, że się zgubimy. Dla tych, którzy nie czuli się na siłach oferowano kamizelki ratunkowe, jako, że było głęboko. 




Niestety zdjęcia nie oddają piękna tego wybrzeża, czego bardzo żałuję. Na tych powyżej, największa jaskinia, do której niemal każdy chciał wpłynąć. Dodam tylko, że woda nie była tak ciepła jak w zatoce Laganas, ale i tak było warto :)

C.D.N.

Zakynthos - kilka wspomnień z urlopu cz 4.


Sama stolica wyspy Zakynthos (o tej samej nazwie) przez Greków nazywana Zante, nie zachwyca niczym szczególnym. Jako, że wszystkie zabytkowe budynki uległy zniszczeniu w wyniku wcześniej wspomnianego trzęsienia ziemi, zachowały się dwa kościoły i biblioteka (o ile się nie mylę). Grecy postanowili odbudować miasto na wzór tego sprzed trzęsienia, ale niestety im się to nie udało. 





Będąc w Zante możemy się więc spodziewać wąskich uliczek zapchanych samochodami, restauracjami i sklepami. Na zabytki nie ma co liczyć. Główna ulica zakupowa (niestety nie jest to deptak) ma jednak swój urok. Można tam znaleźć nie tylko sklepiki z okolicznymi pamiątkami, ale i te markowe oraz sklepy jubilerskie z piękną, oryginalną biżuterią. Wierzcie mi na słowo Grecy są w tym naprawdę dobrzy. (Jeśli ktoś zdecyduje się na zakup radzę się targować, bo potrafią spuścić z ceny nawet 450 euro, mimo, że jestem w tym beznadziejna). 



Główna ulica jest też miejscem nieziemskich zapachów. Możemy tam spotkać mieszaninę oliwkowych mydełek i świeżo parzonej kawy. Będąc w Grecji nie można nie spróbować ich frappe. Żałuję, że u nas takiej nie robią, bo na te upały byłaby idealna. 



Jedyny minus (ale to w całej Grecji) to ich sjesta, która trwa od 14 do 18. Jeśli więc, ktoś wybiera się na zakupy to najlepiej rano, jako, że wieczorem Grekowi może się nie chcieć wrócić do pracy. 



Warto zobaczyć cerkiew św. Dionizosa (zdjęcie wyżej) - to ta zachowana sprzed trzęsienia ziemi. Niestety w środku nie można było robić zdjęć, bardzo tego pilnowano. Cerkiew w środku jest przepiękna. Na środku zamiast ławek krzesła z czerwonego aksamitu w stylu Ludwika XVI, że już nie wspomnę o ikonach i suficie. Oczywiście znajduje się tam też sarkofag patrona wyspy, w bocznej kaplicy o złotych ścianach. Sarkofag jest cały ze srebra. Niestety nie miałam okazji zobaczyć samego Dionizosa, ale podobno otwierają sarkofag, kiedy w cerkwi jest dużo Rosjan. A, oczywiście jeśli ktoś ma zbyt krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach, tudzież kusą sukienkę, przy wejściu dostanie chustę do okrycia.