poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Phillips Susan Elizabeth – Natchnienie


To już trzecia książka tej autorki, którą przeczytałam i szczerze mówiąc, mam zamiar sięgnąć po kolejną. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jej historie nie są tak przewidywalne, jak większość romansów. Zawsze w którymś momencie (jeśli nie w wielu) Phillips czymś mnie zaskakuje. Jej bohaterowie są bardziej skomplikowani, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, często niosą ze sobą bagaż doświadczeń. Przy tym wszystkim fabuła zawsze toczy się wartko i jest wystarczająco lekka, żebym mogła się przy niej zrelaksować i oderwać od rzeczywistości. I to wszystko mimo tego, iż są to historie współczesne.
W „Natchnieniu” jest wszystko to, o czym wspomniałam powyżej. Główna bohaterka - Molly… cóż jedyne słowo jakie przychodzi mi na jej określenie to… niemożliwa. Niby spokojna i romantyczna, a jednak potrafiła robić naprawdę szalone rzeczy. Przy tym była bardzo wnikliwa i radziła sobie jak tylko potrafiła. A Kevin? Skupiony na karierze, niesamowicie przystojny, a przy tym z trudnym charakterem. Każde z nich ma swoje problemy i tajemnice. Oboje różni, a jednak podobni. Zanim zaczyna ich łączyć prawdziwy związek, wiele musi się wydarzyć.
Już o tym wspominałam w którymś z wcześniejszych postów, ale znowuż powtórzę: fakt, że autorka skupia się również na postaciach pobocznych, dla mnie jest ogromnym atutem. Wątek Lilly bardzo przypadł mi do gustu.
Gorąco polecam wszystkim, którzy szukają lekkiej, niewymagającej, ale za to bardzo wciągającej lektury. Przy książkach tej autorski nie sposób się nudzić.

piątek, 24 sierpnia 2012

Nalini Singh – W objęciach lodu


Przyznam szczerze, że nie miałam szczególnej ochoty czytać akurat o tym bohaterze. Z poprzednich części wydawał mi się mało pociągający. Teraz jednak muszę zwrócić mu honor i stwierdzić, że ta część jest równie interesująca, jak dwie poprzednie, o ile nie bardziej. Byłam tym oczywiście zaskoczona, a nie powinnam, poznałam przecież teksty Nalini Sngh. I tym razem również się nie zawiodłam, wręcz przeciwnie mój apetyt na czytanie o rasie Psi jeszcze się wzmógł.
W tej części było mniej scen erotycznych, co wcale nie było złe. Autorka skupiła się na wielu innych szczegółach. Judd jako strzała i człowiek z lodu urzekł mnie bez reszty. Był szorstki i nieprzystępny, a jednak pod tym dało się wyczuć (właściwie tylko intuicyjnie) jego opiekuńczość i cały arsenał emocji. Brenna natomiast fascynowała mnie ze względu na jej wcześniejsze przeżycia. Podobała mi się jej żelazna wola i rozchwianie emocjonalne, które występowały przemiennie. Relacja głównych bohaterów również bardzo przypadła mi do gustu. Nie była cukierkowa, ale też nie chłodna, może nieco zdystansowana, ale też bardziej dzika i pierwotna (jakkolwiek dziwnie brzmi ta mieszanka). Opierała się na czymś zupełnie innym niż te, które znałyśmy z poprzednich dwóch tomów. No, ale też pierwszy raz to mężczyzna był Psi i to nie byle jakim.
W tej części autorka skupiła się nieco bardziej na samym SnowDancer, co było bardzo interesujące. Można było poznać dokładniej ich strukturę, hierarchię i obyczaje. Może wynikać to z faktu, że nie musiała dzielić treści na świat Psi. Tak czy inaczej polubiłam SnowDancer w równym stopniu, co DarkRiver.
Teraz czekam na kolejny tom i nie, nie sięgnę po angielską wersję, obym wytrwała w tym postanowieniu. Tymczasem zostawiam mały fragment książki poniżej:
Kiedy wyszczerzyła na niego zęby i zaczęła się miotać i wykręcać, wiedział, że jeśli jej nie powstrzyma, to zrobi sobie krzywdę. Zaryzykował i wypuścił jej nadgarstki w tym samym momencie, kiedy objął jej ramiona w silnym uścisku. Jej pazury szarpały jego boki i sweter i przedzierając się przez górne warstwy skóry, zanim unieruchomił ją przy swoim ciele. Jej zęby zatrzymały się na jego arterii. Ale się nie wgryzła.
- Brenna, wrócisz. Jeśli nie, to Enrique wygra.
Czuł krew ściekającą po bokach, ale to zęby Brenny były prawdziwym zagrożeniem. Mógł ją unieszkodliwić – gdyby był gotów ją zranić. A nie był.
- Właśnie w tej chwili wygrywa – powiedział jej. – Robiąc z ciebie skomlącą, drapiącą istotę, którą wszyscy uważają za obłąkaną. – Okrutne słowa, ale tylko one mogły nią wstrząsnąć, obudzić ją. – Tym właśnie jesteś? Złamanym wilkiem? Tym, czym on cię uczynił?
Warcząc, wypuściła z zębów jego tętnicę.
- Zamknij się! – wrzasnęła z palącą wściekłością.
- Dlaczego? Wszystko, co powiedziałem , to prawda. – Wciąż naciskał, choć inni by już przestali. – Wysunęłaś wilcze pazury, masz dziką twarz i podarte ubranie. Wyglądasz jak obłąkana.
Tupnęła bosą stopą o jego but.
- Założę się, że swojej sztuki uwodzenia uczyłeś się tam, gdzie uroku – w gułagu Rady.”  

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Tahereh Mafi – Dotyk Julii


Dotyk Julii to pierwsza część serii. Powiem szczerze, że zabrałam się za tę książkę, bo zaintrygował mnie opis i spodobała mi się okładka. Dodatkowo te poskreślane zdania wyglądały równie intrygująco.
Czytając pierwsze kilkadziesiąt stron, towarzyszyła mi jedna myśl – ależ to dziwne. Tak naprawdę z początku nie wiadomo o co chodzi (jako, że w nocie wydawcy, nie ma nic o okolicznościach, w jakich rozwija się akcja), a tytułowa Julia sprawia wrażenie nieco obłąkanej. Właściwie nie ma się czemu dziwić, skoro przebywa w (bardzo nietypowym, ale jednak) zakładzie psychiatrycznym. Wraz z rozwojem wydarzeń, doszłam do wniosku, że brak informacji o wyżej wspomnianych okolicznościach, było celowym zabiegiem i służył wzbudzeniu ciekawości. Tak więc z każdą kolejną stroną odkrywałam, że ta książka jest genialna i z pewnością niebanalna. Teraz z niecierpliwością oczekuję następnej części.
Urzekła mnie więź Julii z Adamem. Intrygowała mnie obsesja Warnera, który sam w sobie był równie ciekawy. A sama Julia? Autorka pięknie opisała jej przeżycia wewnętrzne, wieczny głód dotyku, pewną niestabilność i przeświadczenie, że jest potworem. A przy tym była również silna, zdeterminowana i potrafiła zachować zimną krew, kiedy sytuacja tego wymagała.  Julia rozwijała się wraz z rozwojem wydarzeń. Akcja z każdą stroną przyspieszała i trzymała w napięciu. W efekcie nie mogę się doczekać, co będzie dalej.
Jestem pewna, że ta pozycja nie wszystkim przypadnie do gustu, ja jednak jestem zachwycona i polecam wszystkim osobom, które lubią niebanalnych bohaterów.
Poniżej zamieszczam mały fragment:

„Strzały wstrząsają powietrzem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak głośny jest huk broni palnej albo po prostu jak ostry to dźwięk. Teraz przeszywa każdy skrawek mojego ciała. Lodowate zimno przesącza mi się do krwi, kiedy myślę o tym, że nie próbują zabić mnie. Chcą zabić Adama.
Zaczyna mnie dławić nowy rodzaj strachu. Nie mogę pozwolić im go skrzywdzić.
Nie z mojego powodu.
Ale Adam nie może czekać, aż złapię oddech i pozbieram myśli. Podnosi mnie i rzuca się na ukos w kolejną uliczkę ze mną w ramionach.
Biegniemy.
Oddycham.
On krzyczy:
- Złap mnie za szyję! – Puszczam T-shirt, który zaciskałam mu wokół szyi. Jestem tak głupia , że czuję onieśmielenie, kiedy go obejmuję. Poprawia chwyt, unosi mnie wyżej, przyciskając do swojej piersi. Niesie mnie tak, jakbym nic nie ważyła.
Zamykam oczy i opieram policzek na jego szyi.
Strzały rozlegają się gdzieś za nami, ale nawet ja potrafię ocenić po ich dźwięku, że są daleko i że się oddalają. Wygląda na to, że chwilowo ich zgubiliśmy. Nie mogą nas ścigać samochodami, bo Adam unika głównych ulic. Sprawia wrażenie, jakby miał w głowie plan miasta. Jakby dokładnie wiedział, co robi, jakby planował to od bardzo dawna.
Dokładnie 594 wdechy później Adam stawia mnie na ziemi przed ogrodzeniem z drucianej siatki.”

Patricia Simpson – Wieczna Lilia


Nie mam za wiele do napisania o tej książce, ale bardzo przyjemnie się ją czytało. Była idealna na podróż w samolocie. Miło było przeczytać coś z wątkiem paranormalnym, jednocześnie bez udziału istot nadprzyrodzonych. Rzadko spotyka się historie, w których mamy do czynienia z alchemią.
Urzekł mnie główny bohater. Był szarmancki, inteligentny, nieco tajemniczy i zwyczajnie dało się go lubić od samego początku. A główna bohaterka? Choć jest młodą kobietą po przejściach, to jednak silna i twardo stąpająca po ziemi, a przy tym zachowała swoją romantyczną duszę. Jej syn również był niesamowicie sympatyczną postacią i nie użalał się nad sobą, choć mógł mieć do tego powody. Znalazł się tu nawet pewien wątek kryminalny. Jest więc wszystko czego trzeba, żeby czytało się łatwo i przyjemnie. To  coś w sam raz na letnie wieczory, więc  serdecznie polecam.


Susan Elizabeth Phillips – Z miłości


Czytałam tę książkę na urlopie i powiem szczerze, że idealnie nadawała się na wakacje. Była lekka i przyjemna. Często parskałam śmiechem a momentami miałam ochotę uderzyć głową o mur. Utarczki słowne bohaterów były wprost genialne i same w sobie nadawały klimat.
Historia być może nieco przerysowana. Z drugiej jednak strony, wiem (ze źródła, które obraca się właśnie w tym środowisku i w tym mieście, jest więc wiarygodne), że takie rzeczy się zdarzają i to wcale nie tak rzadko.  Historia opowiada o blaknącej aktorce, którą rzucił sławny mąż. Teraz wszyscy się nad nią litują, a ona ma tego serdecznie dość, więc postanawia udawać, że wyszła za mąż i jest niesamowicie szczęśliwa. Pech chce, że owym mężem zostaje jej wróg numer jeden. Brzmi banalnie? Pewnie tak, tyle, że ta historia wcale nie jest aż tak banalna, a bohaterowie są bardziej wielowymiarowi, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Przebieg wydarzeń niejednokrotnie mnie zaskoczył, natomiast fakt, że autorka nie potraktowała po macoszemu pobocznych bohaterów, jest tylko kolejnym atutem.
Czy warto zatem przeczytać tę książkę? Myślę, że tak. Zwłaszcza, jeśli szuka się rozrywki, tudzież chce się złapać namiastkę zakłamania tzw. „wielkiego świata show biznesu”. Dodam tylko, że książka ta jest napisana w zupełnie innym klimacie, niż Arena tej autorki, co nie znaczy, że gorszym – po prostu innym.