wtorek, 7 sierpnia 2012

Madera - kilka wspomnień z urlopu cz.10 (ostatnia)

Ciekawostki już mi się właściwie wyczerpały, zostało więc tylko kilka osobistych spostrzeżeń i odczuć, które niekoniecznie muszą być sympatyczne :)





Na zdjęciach powyżej widoki z pokojowego balkonu. Jeśli chodzi o samą miejscowość, w której wybrałam hotel… Santa Cruz mnie urzekło swoją kameralnością i spokojem (nie mylić z „tam gdzie diabeł mówi dobranoc”). Naprawdę można było odpocząć. Promenada nad oceanem sprzyjała porannej aktywności fizycznej. Widać było wiele osób uprawiających poranny jogging. Zadbane uliczki i ścieżki zachęcały do spacerów, trudno więc było się nudzić.





Dodatkową atrakcją było lotnisko, które znajdowało się w tej samej miejscowości a od hotelu było oddalone zaledwie o 2 km. Można było do niego dojść promenadą. Mogłoby się wydawać, że samoloty tuż przed lądowaniem będą uciążliwe ze względu na hałas. Nic bardziej mylnego. W nocy nie latały, natomiast w ciągu dnia była to niezwykła atrakcja. Pokonując promenadę można było dotrzeć do miejsca, w którym miało się wrażenie, że maszyna leci prosto na nas. Wrażenie niesamowite. Co do samego lotniska. Zalicza się do 10 najniebezpieczniejszych na świecie. Lądują tam tylko piloci ze specjalną licencją. Lotnisko mieści się na 180 kolumnach wbudowanych w dno morskie. Silne boczne wiatry utrudniają lądowanie. To z pewnością nie była przyjemność, mimo bajecznych widoków w trakcie. Gdybym widziała lądowanie samolotu wcześniej, istnieje szansa że bym stchórzyła. Autentycznie z lądu było widać jak wiatr buja samolotem na boki.




Jeśli chodzi o sam hotel… był naprawdę świetny. Wizualnie cieszył oko, a pokoje były bardzo komfortowe i nowoczesne. Jedzenie naprawdę wyśmienite, a napoje? To był pierwszy hotel, w którym wszystkie napoje były oryginalne z butelek (nawet woda niegazowana). To mi się nie zdarzyło nawet w 5 gwiazdkowych hotelach, a ten miał tylko 4. Jednak to, co tworzyło prawdziwą atmosferę hotelu, to obsługa i kelnerzy. Ci ostatni byli po prostu niemożliwi. Wiecznie uśmiechnięci, zarażali humorem wokół siebie, a przy tym nienatrętni. Chętni do nauki, znali nawet więcej niż podstawowe zwroty po polsku. Angielskiego używali tylko jeśli nie dawali sobie rady z polskim. Poznawali gości, zapamiętywali co, kto zamawia, nie trzeba ich było prosić o dolanie wina. Zawsze wyprzedzali oczekiwania. Znali zwroty nie tylko polskie, słyszałam też francuski, niemiecki i rosyjski. Szkoda tylko, że ludzie właściwie nie zostawiali im napiwków, bo te im się naprawdę należały. Wiele razy spotkałam się z miłą obsługą, ale ta, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To oni tworzyli niesamowitą, swojską atmosferę tego miejsca. Ogromny plus dla menadżera, który czuwał nad wszystkim. To też pierwszy hotel, w którym nigdy nie było bitwy o leżaki przy basenie. Można było iść o dowolnej porze i zawsze znalazło się coś wolnego. Jedyna rzecz, która nie tylko mnie działała na nerwy, to muzyka. Leciał chillout. Z założenia pewnie miał uspokajać gości, mnie denerwował. Ale przecież są różne gusta i upodobania muzyczne.




Żeby nie było tak sielsko, anielsko, teraz mniej przyjemnie. Z przykrością muszę stwierdzić, że momentami było mi wstyd za rodaków. Mam na myśli sporą grupę osób na tzw. wyższym poziomie, czyli biznesmenów wraz z żonami tudzież kochankami. Wydawałoby się, że tacy ludzie potrafią się zachować. Otóż nie, byli najgłośniejsi ze wszystkich gości. Krzyki i rechot na całe gardło był na porządku dziennym. Zwracali na siebie uwagę wszystkich innych gości, ale miałam wrażenie, że o to właśnie chodzi. Z zastosowaniem się do próśb obsługi, również mieli problem. Jeśli ktoś prosi, żeby kolację spożywać w restauracji, a nie przy basenie, to czy trudno się do tego zastosować? Najwyraźniej, bo ci „państwo” wynosili wszystko talerzami zapełnionymi po brzegi, ale o tym żeby po sobie posprzątać, to już nie pamiętali. No bo po co? Przecież obsługa nie ma co robić… Przykro mi się patrzy na coś takiego, bo to wystawia opinię całemu narodowi.





A na koniec spostrzeżenie, które mnie osobiście śmieszy. Byłam na wycieczce, nie było tajemnicą, że jedziemy w góry i będziemy wchodzić do jaskini. I w tych warunkach widzę panią około 55lat (oczywiście z Warszawy, nieomieszkana o tym wspominać na każdym kroku), która ma na sobie wyjściową sukienkę, biały tiulowy szal i buty na obcasie. Widok był iście komiczny, zwłaszcza kiedy próbowała iść po kamienistych ścieżkach, tudzież pozowała do zdjęć. Ja naprawdę wszystko rozumiem, sama uwielbiam szpilki i noszę je właściwie codziennie, ale litości, w górach? Serio? Mój mężczyzna nie ma w zwyczaju komentować cudzego wyglądu, ale tym razem nie mógł pohamować śmiechu, więc coś w tym musi być. Jeśli chciała wywołać sensację wśród wycieczkowiczów, to osiągnęła zamierzony efekt.

Madera - kilka wspomnień z urlopu cz. 9


W ostatnim poście zamieściłam zdjęcia z ogrodu tropikalnego, teraz więc zamieszczam jedno z ogrodu botanicznego. Tylko jedno, bo choć ogród ładny, to jednak dużo ciekawsza była panorama na miasto Funchal, którą można było podziwiać z tego miejsca. Roślinność oczywiście była różnorodna, ale w porównaniu do ogrodu tropikalnego, ten może się schować. Za to tutaj znajdowała się ptaszarnia z kilkoma pawiami i ogromną ilością papug. I te rzeczywiście były przepiękne i dużo bardziej kolorowe niż roślinność w ogrodzie. Znalazły się nawet te mówiące, albo raczej powtarzające zasłyszane dźwięki. Cóż, nasi rodacy zdążyli już nauczyć je niecenzuralnego słowa.


Mówi się, że na Maderze wszystko rośnie większe i piękniejsze. I nie mam pojęcia czy tak jest ze wszystkim, ale jestem skłonna w to uwierzyć, skoro nasz pospolity mlecz pojawia się tam w formie drzewa i to wcale nie małego.


Przyznaję się bez bicia, że nie znam się na kwiatach. Znam tylko te podstawowe, które występują u nas, dlatego też nie podam tu żadnych nazw, no może poza hortensjami, które były niemal wszędzie najczęściej białe i niebieskie, ale widziałam również purpurowe. Większość tych zdjęć wcale nie jest pięknych, pokazuję je tylko dlatego, żeby udokumentować niesamowitą różnorodność gatunków.




Zdecydowana większość tych zdjęć wcale nie pochodzi z ogrodów, a raczej z przypadkowo spotkanych miejsc w czasie podróży. O lasach laurowych pisałam już wcześniej, ale nie wspomniałam, że na Maderze występują również eukaliptusy. Nie ma za to misi Koala (są wybredne i akurat tych gatunków nie jedzą). Eukaliptusy zostały sprowadzone na wyspę i obecnie tak się rozrosły, że są uważane za chwast. Zagrażają lasom laurowym, bo bardzo jałowią ziemię. Maderczycy wycinają eukaliptusy i sprzedają na papier, jako że nie mają bogatej gospodarki, dochody ze sprzedaży stanowią znaczną część przychodów dla wyspy. Mieszkańcy hodują też banany. Portugalczycy złośliwie nazywają Maderę Republiką Bananową. Regionalne banany są dużo mniejsze, słodsze i na skórce mienią się odcieniami srebra. Jadłam je i jeśli ktoś lubi banany, gorąco polecam.






O ile na Maderze różnego rodzaju roślin nie brakuje, o tyle z dzikimi zwierzętami sprawa przedstawia się dużo bardziej ubogo. Na wyspie nie występują żadne większe dzikie zwierzęta. Największe jakie można spotkać to zające. Wygląda więc na to, że Madera jest absolutnie bezpieczna pod tym względem, można śmiało iść w las, nawet nocą :) Można spotkać małe jaszczurki, niektóre turkusowo-szare. Właściwie są one niemal wszędzie. Wygrzewają się na słońcu i buszują w szczelinach między murami z kamienia.


Przepraszam za jakość powyższej fotki (jest straszna, wiem), nie wrzuciłabym jej tutaj ale to jedyna, na której zostało uwiecznione to drzewo. Widziałam je tylko w jednym miejscu, w ogrodzie hospicjum, gdzie nie można było wejść. Podobno to drzewo kwitnie bez przerwy przez cały rok. Jego żywy kolor niemal raził w oczy nawet z daleka. Trochę to przypominało języki ognia, po prostu piękne.




Nikt nie mówił, że kaktusy nie mogą przypominać trąby słonia, więc dlaczego by nie? :D





O czym tu jeszcze napisać… Czy ja już wspominałam jaką dobrą wodę mają na Maderze? Otóż odżywki do włosów są tam zdecydowanie zbędne. Woda w kranie jest tak miękka, że wystarczy zwykły szampon, a włosy lśnią jak po najlepszej odżywce. Oczywiście przyczyniają się do tego lasy laurowe. Nie ma jak siła natury :)






Widząc taką ilość pięknych kwiatów, trudno się dziwić, że sporo osób kupuje nasiona/cebule z nadzieją, że niektóre gatunki uda się wyhodować także u nas. Podobno poza dwoma gatunkami, żadna inna roślina nie potrafi przetrwać w naszym klimacie. Szkoda… ale z drugiej strony, gdybyśmy widzieli je na co dzień, nie zachwycałyby nas tak bardzo.






poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Madera – kilka wspomnień z urlopu cz. 8





Ogród tropikalny na wzgórzu Monte, to miejsce, w którym się zakochałam. Ogród wykupił bogaty Maderczyk (dorobił się w kopalniach złota w Afryce) i udostępnił go do zwiedzania. On sam sprowadził tam między innymi bogatą kolekcję najszlachetniejszych kamieni z całego świata, największą w Europie kolekcję rzeźb afrykańskich i kilkudziesięciu samurajów prosto z Chin (obecnie jest ich tylko 20, bo powódź zniszczyła resztę). Cały ogród mieści się na stromym zboczu, więc jeśli zejdzie się na sam dół, trzeba potem wrócić. Kursowały też elektryczne meleksy, ale co to za frajda jechać, kiedy można się wspinać po dróżkach i schodkach wśród tak pięknej zieleni i tylu gatunków roślin?




 Ogród został podzielony na swego rodzaju podogrody, był np. ogród japoński, a właściwie, aż dwa, był też ogród w stylu romantycznym i inne bliżej nieokreślone, ale kto by tam zwracał uwagę na takie szczegóły. Ja byłam po prostu zachwycona, mogłabym tam siedzieć godzinami i po prostu upajać się widokami. Wiele bym dała, żeby mieć taki zakątek na własność.




W całym ogrodzie była niezliczona ilość roślin. Wiele z nich zostało tu sprowadzonych, np. wsadzono sekwoję, która w momencie wsadzania miała wysokość 3 metrów. Paprocie mają tu formę drzew, takie zwyczajne leśne raczej nie rosną.




Madera jest jednym z nielicznych miejsc na świecie, gdzie można zjeść owoc filodendrona. Tak, to ten sam filodendron, który występuje u nas w doniczkach. Jest tam jeszcze jeden owoc, który potocznie nazywają budyniowym jabłkiem (druga nazwa mi umknęła, przepraszam). Owoc ten można zjeść tylko tam i nigdzie indziej. Nie można go eksportować, ponieważ dojrzewa w ciągu zaledwie jednego dnia i gnije. Trzeba go zjeść w kilka godzin po zerwaniu. Niestety nie znalazłam nigdzie tego owocu, czego żałuję, ale podobno w smaku przypomina właśnie jabłko i budyń waniliowy. Próbowałam za to owocu opuncji i jest całkiem smaczna :)



Było już o owocach, to może wróćmy jeszcze do roślin. Podobno Madera ma tak sprzyjający klimat, że niektóre kwiaty zakwitają kilka razy do roku, a inne nigdy nie przestają kwitnąć. Zdecydowanie potrafię w to uwierzyć. W każdym ogrodzie, nieważne czy jest to ogród, gdzie trzeba zapłacić wstęp, czy ogród w mieście, wszędzie gdzie jest oczko wodne, staw, czy fontanna, zawsze pojawiają się łabędzie i kaczki. Wygląda też na to, że mieszkańcy dbają o te ptaki, bo w tych miejscach są takie mini domki, gdzie ptaki mogą się schować. Mają też dostarczane jedzenie. Te oczka wodne w połączeniu z ptakami, które są tak przyzwyczajone do ludzi, że dają się pogłaskać, tworzy prawdziwie romantyczną scenerię.  
Żałuję tylko, że akurat nad ogrodem unosiły się chmury, przez co te zdjęcia są bardzo ponure. Gdyby były rozjaśnione słońcem, cała sceneria byłaby iście bajkowa.

Madera – kilka wspomnień z urlopu cz. 7


Ten kościółek, to najważniejsze miejsce wszystkich Maderyjczyków. Zawsze 15 sierpnia przybywają tu pielgrzymki z całej wyspy, do cudownej figurki Matki Boskiej. Pielgrzymi te schody pokonują na kolanach, jest ich ponad dwadzieścia. Cóż ja pokonywałam je pieszo i muszę przyznać, że są one dość wysokie. Kościół znajduje się na wzgórzu Monte, w wiosce o tej samej nazwie. Komuś coś mówi ta nazwa? Pewnie wielu osobom, choć przypuszczam, że bardziej kojarzy się z typowymi maderskimi saniami niż z kościołem :)




Zjazd saniami ze wzgórza Monte, to wyjątkowe przeżycie. Nigdzie indziej na świecie nie można przejechać się saniami po asfalcie, gdzie jedynymi hamulcami są dwaj mężczyźni. Jedzie się około 20km/h, 3 km w dół między samochodami. Jazda trwa około pięciu minut, a sanie przy zakrętach często jadą bokiem. Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Koszt takiej jazdy to 15 euro od osoby, ale naprawdę warto.









Eira do Serrado to taras panoramiczny z widokiem na górskie przepaście i Dolinę Zakonnic. I tym razem znowu można zauważyć nieco inny krajobraz, bardziej surowy i skalisty. Niestety chmury bardzo utrudniły zobaczenie czegokolwiek, jednak kilka minut cierpliwości i coś tam się wyłoniło. Może nie za wiele, ale jednak. Jeśli chodzi o samą Dolinę Zakonnic, podobno wioska została założona właśnie przez zakonnice, które uciekały z nabrzeża przed rabunkami piratów. Później stała się swoistą przechowalnią dla wszelkiego rodzaju gangsterów, ze względu na trudnodostępne położenie. Teraz jest już tylko atrakcją turystyczną. Dolina Zakonnic słynie z wyrobów z kasztanów. Można tam kupić dosłownie wszystko z kasztanów. Likiery kasztanowe są niesamowicie słodkie, ciastka smakiem przypominają nasze pierniki, pieczone kasztany smakują raczej średnio, są lekko słone i mają bardzo dużą ilość mączki.






Powyżej typowa wioska rybacka Camara do Lobos, ulubione miejsce Winstona Churchilla. Spędził tam trochę czasu i podobno zakochał się w tym miejscu. Widok rzeczywiście jest urokliwy. W tej zatoczce rybacy do tej pory łowią ryby w tradycyjny sposób, na małych łódeczkach i zawsze w nocy. Wspominałam już o typowych trunkach, ale nie wspominałam o rybie, która występuje tylko na Maderze. Mam na myśli „Eszpadę” (nie wiem, jak to się pisze poprawnie). Ryba jest przepyszna i bardzo delikatna. Łowi się ją tylko w nocy z głębokości 1 km. Podobno nikt nigdy nie widział jej żywej, bo w trakcie połowu ciśnienie ją zabija i patroszy. Wiem, nie brzmi to najlepiej, ale warto spróbować. Polecam. Wracając jeszcze do Churchilla, zastanawiam się, jak on wytrzymywał odór, który unosił się nad tą zatoką. Suszono tam ryby i stąd ten bardzo nieprzyjemny zapach. Rybacy w ciągu dnia grają w karty i piją Ponchę. Mój mężczyzna błyskotliwie stwierdził, że oni muszą pić, żeby wytrzymać ten zapach. Przypuszczam, że są tak przyzwyczajeni, że już go nie czują :)